Dzień drugi – idziemy w góry!

Dzień drugi – idziemy w góry!

Przez ostatnie dni przyzwyczailiśmy się do gorących dni i nocy w Uzbekistanie. Ta pierwsza noc spędzona w górach w Tadżykistanie była zaskakująco zimna, pomimo że przywitał nas dosyć ciepły poranek. Wszyscy wstaliśmy skostniali z zimna. Na śniadanie dostaliśmy jajka sadzone pływające w tłuszczu, w którym zostały usmażone. Nie wiedzieliśmy, że to będzie koszmar następnych dni w górach – codziennie kilka jajek i wszystko zanurzone w oleju i smalcu (po powrocie do Polski minęły ponad 2 tygodnie zanim byliśmy w stanie zjeść jakiekolwiek jajko).

Ponieważ wybieraliśmy się na wędrówkę w góry na cały dzień gospodyni przygotowała nam suchy prowiant do zabrania ze sobą: jajka na twardo, serek topiony, jabłka z przydomowej dzikiej jabłonki i jakieś cukierki. I placek drożdżowy, który w tamtym regionie jest jadany jako chleb – pyszny na świeżo, twardy i suchy już po kilku godzinach – a przecież tam nie było szansy na dostawy świeżego pieczywa. Przez kolejne dni rwaliśmy rękoma suche i twarde placki.

Prowiant oraz butelki z wodą zapakowaliśmy do plecaków i około 9:00 wyruszyliśmy w drogę. Do właściwego szlaku wskazanego przez gospodarza, który okazał się przewodnikiem górskim było około 200m. Szlaki nie są tam w żaden sposób wyznaczone ani oznakowane. W kamienistych zboczach są ścieżki wydeptane przez mieszkańców lub pasterzy prowadzących swoje stada kóz i owiec w góry. I takimi drogami mieliśmy się wspinać wg wskazówek właściciela pensjonatu.

W dolinie wioska z naszym pensjonatem, czwarte jezioro i niknąca w oddali droga do piątego jeziora, którą będziemy wędrować jutro.
.

Droga od razu prowadziła ostro pod górę po kamienistym osuwisku. Z czasem słońce grzało coraz mocniej, zaczynaliśmy zapominać o nocnym przemarznięciu, zaczynaliśmy rozbierać się z kolejnych warstw odzieży. Trasa nie należała do łatwych. Oddechy stawały się coraz szybsze i zmęczenie postępowało. Pomimo szczerych chęci okazało się, że problemy żołądkowe i narastająca gorączka pokonały jedną z uczestniczek wyprawy i już po godzinie wspinaczki zmusiły do powrotu do pensjonatu. Dolegliwości te w ciągu następnych dni nie oszczędziły nikogo z naszej grupy – skutki diety tak odmiennej od naszego codziennego jedzenia odczuwaliśmy jeszcze kilka dni po powrocie do Polski.

Nie było łatwo podążać zaplanowanym szlakiem wg wskazówek udzielonych przez gospodarza. Góry kamieniste, pozbawione roślinności oprócz nielicznych kolczastych krzaczków i kęp trawy przecinającej skórę zbocza miały pokryte drobnymi kamieniami lub żwirem, który luźno osuwał się po zboczach. Na szczęście im wyżej, tym łatwiej było złapać zasięg internetu i aplikacja Maps.me dawała nam pewność, że wspinamy się w dobrym kierunku.

.

Każdy kolejny zakręt ścieżki dawał pretekst do krótkiego postoju na złapanie oddechu i rozejrzenie się po okolicy. W tym pięknym rozległym krajobrazie natknęliśmy się na dwie mikroskopijne górskie osady – kilka „lepianek” i maleńki sad wokoło małego źródełka. Ludzie tam mieszkujący z radością nam machali, ale gdy sięgaliśmy po telefony to zakrywali twarze lub się odwracali. Uszanowaliśmy ich wolę i pamiątek z tych spotkań nie mamy.

Patrząc przed siebie w górę doskonale było widać kręte ścieżki oraz biegnący w linii prostej wąwóz. Najprawdopodobniej przy większych opadach zamieniał się w rwący potok. Ciekawostką jest to, że największym bogactwem naturalnym Tadżykistanu jest woda. Podlega ona ochronie i odpowiada za ponad 80% energii całego kraju. Większość samochodów w miastach to elektryki!

.

Darek jako jedyny facet znużył się wędrówką po ścieżce i postanowił skrócić sobie drogę na szczyt podążając w górę na przełaj. Było na tyle stromo, że wspinaczka przebiegała na czworaka. Coraz wyżej, coraz trudniej i co jakiś czas zaliczał kilkumetrowy zjazd na kolanach po osypujących się kamieniach. Łapać się można było kępek traw lub malutkich kolczastych krzewów. Okazało się, że ten skrót zabrał tyle samo czasu co dotarcie do górnego punktu reszcie grupy podążającej grzecznie ścieżką.

.

Woda się nam kończyła w bidonach więc z wielką radością przyjęliśmy widok kolejnego źródełka. Przerwa na posiłek – oczywiście jajka i czerstwy placek, uzupełnienie płynów i ruszyliśmy dalej. Do szczytu na wysokość około 3.000 metrów npm. dotarliśmy po ponad 4 godzinach wspinaczki. Kolejny krótki odpoczynek, parę fotek i w drogę powrotną.

Na stoku góry ujrzeliśmy chatki pasterzy przypominające lepianki ludzi pierwotnych. Pasterze i stada zwierząt na początku października zeszły już do doliny, więc nikt w osadzie nie mieszkał. Zagadką pozostałe co te zwierzęta tam jedzą – przecież tam są tylko kamienie i skały!

Kamienne szałasy pasterzy. Ludzie w wioskach żyją jednak w trochę lepszych warunkach…
.

Od tej pory trasa krętymi ścieżkami kierowała nas ku dołowi. Dotarliśmy do miejsca, w którym należało podjąć decyzję co do kierunku dalszej drogi. Jedną opcją był nasz szlak prosto w kierunku wioski z pensjonatem, drugą zejście stokiem do pięknie wijącej się w oddali drogi. Wybraliśmy opcję drugą, na oko około godziny schodzenia. Okazało się, że nie był to dobry wybór.

Łagodny stok szybko stał się dosyć stromym osuwiskiem pokrytym żwirem i kamieniami wielkości pięści. Trzeba było zsuwać się po stromym osuwisku, dla równowagi chwytając pojedynczych głazów lub kolczastych traw. Pewne poczucie bezpieczeństwa dawał spokój i wsparcie Darka. Ale i tak zejście do drogi trwało ponad 2 godziny i dla Doroty łączyło się z kilkoma atakami paniki. Stąd już bezpieczny 8 km odcinek drogi powrotnej do pensjonatu wzdłuż brzegu trzeciego jeziora. Dotarliśmy po zmroku akurat na kolację: tłusty plow, czyli ryż gotowany z marchewką i kurczakiem.

W dolinie trzecie jezioro i wijąca się serpentynami droga do której musimy zejść stromym zboczem.
Każdy krok to mniejsza lub większa lawina kamieni.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *