Czwarty dzień w górach – dla każdego coś miłego

Po powrocie z wędrówki nad siódme jezioro, przy kolacji (plow z ryżem i udka wyjątkowo dziwnego i żylastego kurczaka) uzgodniliśmy, że następnego dnia podzielimy się na grupy. Byliśmy zespołem sześcioosobowym: część z nas była wciąż napalona na chodzenie po górach, a część miała już dosyć i chciała pospacerować delikatniej. I tak Ola, Andzia i Darek udali się na penetrację wyższych partii gór, a Dorota z Iwoną zaplanowały spacer w dół, w kierunku pierwszego jeziora. Koleżanka Marta, nadal walczyła z chorobą, postanowiła więc spacerować po okolicy – co przekształciło się w niespodziewane polowanie z właścicielem naszego pensjonatu.
Cz. 1
Wielka antena, którą w oddali można było zauważyć na szczycie jednej z gór była naszym pierwszym celem. Ruszyliśmy razem w kierunku dolnej partii jezior by po parunastu minutach rozdzielić się na dwie grupy.
Tak jak pierwszego dnia szlak prowadził ostro pod górę. Bywały momenty mocnych podmuchów wiatru – warunki były mało komfortowe, nie czuliśmy się bezpiecznie wędrując po wąskich ścieżkach przyklejonych do stromego zbocza gór. Szło się jednak dosyć dziarsko i w całkiem niezłym tempie. Zbliżaliśmy się do coraz bardziej widocznego masztu. Na szczycie po wzmacniającym posiłku i obowiązkowej sesji zdjęciowej ustaliliśmy dalszą część trasy. Mogliśmy wrócić lub iść dalej po pięknie zapowiadających się krętych ścieżkach ku widocznej w oddali osadzie z ubogo wyglądającymi ale zamieszkałymi domami. Kierunek był oczywisty, wyruszyliśmy w drogę a… po paru minutach ku naszemu zaskoczeniu na naszej trasie pojawiła się… Marta.



Okazało się, że w ramach poszukiwania zasięgu internetu gospodarz zabrał ją swoją terenówką w górę pod antenę. A tam pozostawił ją w samochodzie, wyciągnął strzelbę i udał się pomiędzy skały na polowanie „na pticy”. Informacja ta trochę wyjaśniła nasze rozterki związane z ostatnią kolację, gdy jedliśmy udka kurczaka i zastanawialiśmy się, jak są one różne od znanych nam polskich. Prawdopodobnie to wcale nie był drób hodowlany, tylko jakieś dzikie ptaki upolowane w górach…
Droga wiodąca w dół kierowała nas przez górską rzeczkę w kierunku osady. Potok mniej więcej dziesięciometrowej szerokości pokonaliśmy skacząc po kamieniach wystających z nurtu. Za strumieniem ścieżka zaczęła się piąć w górę. Dziewczyny idąc obok jednej z zamieszkałych chat niespodziewanie zostały zaatakowane przez psa. Na szczęście skończyło się na szczekaniu i strachu. „Strażnik” pilnował obejścia i małej, około 10 letniej dziewczynki. Zatrzymaliśmy się przy pięknie usytuowanej ławce, widząc przed sobą wyminiętą przed chwilą osadę oraz całą piękną dolinę z wąwozem. Za naszymi plecami rozpostarty był ogromny masyw górski. Ten dzień i to miejsce oraz to co było poniżej przy potoku było kwintesencją całej Tadżyckiej przygody. Najlepsze chwile spędzone w tym kraju.




Kręta ścieżka wiodła stromo w dół i trzymając w ręku telefon musiałem bardzo uważać by nie zaliczyć spektakularnego wypadku. Doszliśmy do pięknego wodospadu, a chwilę później musieliśmy chować się w niewielkiej jaskini przed deszczem. Z tego miejsca było już widać drogę i drugie jezioro.
Powrót dobrze nam znaną drogą, to był najsłabszy moment tej wędrówki, ale musieliśmy jednak nią podążać by wrócić do pensjonatu. Wcześniej nie zwróciliśmy uwagi na wspaniale położony, będący w trakcie budowy spory hotel z zapleczem restauracyjnym i pomostem wychodzącym prosto na jezioro. Zapewne od przyszłego roku hotel zacznie przyjmować turystów i może ruszy turystyka nie tylko przejazdowa/jednodniowa. Być może turyści będą spędzać tu czas i penetrować okoliczne góry i miejsca bardziej oddalone od jezior. A przy okazji zostawiać pieniądze, których tak bardzo brakuje mieszkańcom tej doliny!

Cz.2
Iwona z Dorotą poszły drogą w dół doliny. Trzecie jezioro, wyschnięte równie mocno co szóste prowokowało do skrócenia trasy i przejścia po dnie bezpośrednio na drugi brzeg. Na stromym zboczu widziałyśmy jak Ola z Andzią i Darkiem pną się ścieżką coraz wyżej. Przez jakiś czas jakiś ich widoczne sylwetki były coraz mniejsze i mniejsze, aż w końcu znikli na zakrętem.

Na środku wyschniętego jeziora okazało się, że strumień płynący po dnie, który przed trzema dniami przejeżdżaliśmy samochodem jest zdecydowanie szerszy niż wydawało się z samochodu. Nurt był wartki i przeskoczenie na drugi brzeg nie wydawało się możliwe. Temperatura nie zachęcała do zdejmowania butów i brodzenia w wodzie.
Zaczęłyśmy zbierać z okolicy większe kamienie i wrzucać do nurtu strumienia z nadzieję, że dadzą stabilne oparcie nodze i umożliwią przeskoczenie. Ale woda płynęła szybko, kamienie, tak jak na zboczach gór były luźne i wciąż poruszały się. Trudno było zbudować kawałek stabilnej tamy.
Na nasze wysiłki patrzyli robotnicy, którzy chwilę przed nami przyjechali na dno jeziora starym rozklekotanym kamazem i ładowali na pakę kamienie wybierane z dna. Po chwili przyszli do nas i najpierw zaczęli pomagać budować tamę, ale szybko zauważyli, że jest to syzyfowa praca, bez szansy na sukces. Wtedy jeden z nich wielkim susem przeskoczył strumień, a drugi zrobił prawie szpagat nad jego nurtem stając w rozkroku nad płynącą wodą. Podając nam ręce, praktycznie przerzucili nas na drugi brzeg. Bardzo z siebie zadowoleni od razu wrócili do swojej pracy, a my powędrowałyśmy dalej.


Tego dnia doliną jechało wielu turystów. Droga pomiędzy trzecim a drugim jeziorem prowadziła bardzo stromo w dół. Samochody rzęziły na najniższych biegach i wzbijały ogromny kurz. Dlatego po dojściu do drugiego jeziora postanowiłyśmy znaleźć miejsce na chwilę odpoczynku i powrót do domu. Miejsce znalazło się przepiękne – właściciele budowanego hotelu pozwolili nam skorzystać z tarasu widokowego i ławeczki z przepięknym widokiem na jezioro i skały nas drugim jego brzegu. Spędziłyśmy tam sporo czasu obserwując zmieniający się kolor wody i życie kłębiące się pod jej powierzchnią. Stada maleńkich rybek przypływały do ciepłej płytkiej wody przy brzegu i co chwila uciekały spłoszone naszym najmniejszym ruchem. Na krzakach i kwiatach wyrastających ze szczelin w skałach skakały ptaki. Pomimo odgłosów budowy i warkotu samochodów z drogi – było sielsko.



Ale robiło się zimno i coraz bardziej pochmurnie. Trzeba było zbierać się z powrotem. Najpierw bardzo stromo pod górę, potem przez wyschnięte dno jeziora, na którym już nie było naszych rycerzy – ale my już wiedziałyśmy, że potrafimy skoczyć dalej niż przypuszczamy. Szybkim marszem doszłyśmy do pensjonatu, dosłownie 5 minut przed ulewą.

