Koniec świata czyli Siódme Jezioro

Następnego dnia postanowiliśmy zmniejszyć skalę wyzwania, czyli udać się w górę doliny do siódmego jeziora. W założeniu miało być lżej, wyszło jak zawsze… Okazało się, że te ponad 900 m przewyższenia nie było wcale takie łatwe. Mieszkaliśmy pomiędzy trzecim a czwartym jeziorem, więc od siódmego dzieliło nas ponad 12 km. Dodając do tego odcinek wzdłuż brzegu, w sumie zrobiliśmy ponad 25 km.
Biegnącej wciąż pod górę drodze towarzyszyła hucząca, spieniona rzeka. Małe mosty lub kładki przerzucały nas raz na jedną raz na drugą jej stronę. Ten piękny szlak otoczony był równie pięknymi wysokimi górami. Rzeka była zasilana dużą ilością potoków a przy większym rozlewisku dołączył do niej piękny wodospad. Spływał za skał szeroki na około 30 m a strumienie płynące po łące otaczały mały domek wybudowany na kamienistych fundamentach. Domek teraz wyglądał na opuszczony, ale żyli w nim kiedyś ludzie – w zasadzie w środku wodospadu! To było chyba obowiązkowe miejsce postoju dla wszystkich przejeżdżających turystów: zdjęcia i napełnienie butelek górką wodą.


Pomiędzy drogą a rzeką pojawiły się pojedyncze gospodarstwa otoczone piękną zieloną trawą z niewielką ilością drzew i pasące się zwierzęta. Drzewa w większości były młodymi topolami – prawdopodobnie ze względu na bardzo szybkie przyrosty przeznaczone były do szybkiej wycinki. Zagajniki młodych topoli rosły przy prawie każdej chałupce, i to był praktycznie jedyny materiał opałowy jaki rósł w tej dolinie.


Idąc drogą co jakiś czas musieliśmy przepuszczać samochody terenowe wiozące turystów do siódmego jeziora. Większość kierowców zwalniała i mijała nas ostrożnie, ale zdarzali się tacy, którzy pędzili po tej kamienistej, górskiej drodze wzbijając biały kurz, tak, że po ich przejeździe trzeba było długo stać i czekać aż pył opadnie. Nie zważali na pieszych turystów, ale równie bezwzględnie traktowali miejscowych dla których ta droga to główna oś ich życia: towarzyskiego, handlowego, transportu i wędrówki ze zwierzętami na pastwiska.






Pomimo, że łączyła je jedna rzeka każde kolejne jezioro okazywało się zupełnie inne od poprzednich. To była bardzo urozmaicona, piękna i romantyczna trasa. Romantyczna dla nas, bo mieszkańcy wiosek (często dzieci) wędrujący ze swoimi osiołkami objuczonymi gałęziami, żywnością lub kamieniami raczej inaczej ją odbierali. Minęliśmy szóste jezioro i okazało się, że droga dla samochodów prowadzi dalej – według informacji od naszego gospodarza do siódmego jeziora prowadziła tylko piesza ścieżka. Więc droga musiała być dopiero co wykuta w skałach i prowadziła do niewielkiego parkingu przed siódmym jeziorem. Stało tam kilka samochodów z turystami, między innymi kilka osób z Polski. Jedna z kobiet bliska płaczu zbierała się do drogi powrotnej – turyści wyruszający na tą jednodniową wycieczkę z Samarkandy nie są uprzedzani jak wygląda droga i ile godzin spędzą telepiąc się w rozklekotanej terenówce na górskiej drodze.


Przez całą wędrówkę do góry towarzyszyło nam słońce, a znienacka siódme jezioro przywitało nas surowym klimatem. Zrobiło się wietrznie, zimno i pochmurnie a w dodatku zaczął padać deszcz. Musieliśmy wyjąć z plecaków wszystkie nasze zapasowe ubrania, a i tak zimno było przeszywające. Między skałami a jeziorem wiodła wąska ścieżka. Poszliśmy nią z nadzieją, że uda się nią obejść całe jezioro. Jednak wiejący mocno wiatr i bardzo niewielki margines bezpieczeństwa zmusił nas do zmiany decyzji i zawrócenia.






Gdy my na tej wąskiej ścieżce szliśmy prawie przyklejeni do skały pełni obaw o nasze bezpieczeństwo, chwilę potem obok nas przejechał miejscowy wieśniak z czterema okulbaczonymi do granic możliwości osiołkami. Okazało się, że za jeziorem mieszka jeszcze piętnaście rodzin. Ci ludzie mieszkający na końcu świata muszą przebyć parogodzinną drogę w dół doliny do najbliższego sklepu by zabezpieczyć sobie byt.


Przed wyruszeniem w drogę powrotną usiedliśmy za kilkoma krzakami trochę zatrzymującymi wiatr aby zjeść prowiant, który dostaliśmy od gospodyni na drogę. Oczywiście jak poprzednio: czerstwy chleb, jajka na twardo i twarde dzikie jabłka. Szybko pojawiło się towarzystwo – dwa duże psy biegające pomiędzy brzegiem jeziora a pobliskim pastwiskiem nauczone, że od turystów zawsze da się wymusić jakieś jedzenie – od tych mniej przyjaznych wymuszały jedzenie szczekaniem i groźną postawą. W pierwszej chwili nie czuliśmy się przy nich bezpiecznie, ale po pierwszym pogłaskaniu trudno było się od nich odczepić. Gdy zaczęliśmy jeść prawie wchodziły nam na głowy.

W drodze powrotnej obserwowaliśmy zabawę dzieci. Wbiegały pod górę i zwinnie zsuwały się w dół na stopach w klapkach jak na nartach po osuwisku żwirowo/skalnym, podobnym do tego, z którego my dzień wcześniej zjeżdżaliśmy na tyłkach!
Podzieleni na grupki zmęczeni wracaliśmy do pensjonatu. W pewnym momencie przyłączyła się do krowa, a następnie młody pies. Towarzyszyły nam przez kilkaset metrów, dopóki nie wystraszyły ich kamieniami dzieciaki z wioski. Większość psów, które widzieliśmy w trakcie naszej podróży to były bardzo młode psy. Niestety chyba większość nie jest w stanie przeżyć tam zimy – gdy ruch turystyczny zamiera znika główne źródło pożywienia. W drodze minęły nas dwie ciężarówki Światowego Banku Żywności obładowane sianem – prawdopodobnie zapasem jedzenia na zimę dla zwierząt w dolinie. W warunkach tam panujących utrzymanie życia każdego zwierzaka jest wyzwaniem. Nikt się więc nie przejmuje życiem psa…



