Koniec, ale z przytupem

Ostatni dzień w górach Tadżykistanu, to w zasadzie ostatni dzień naszej 18-dniowej przygody (jeszcze nic nie wiecie o podróży przez Uzbekistan). Od tego wczesnego, zimnego poranka przez prawie trzy doby byliśmy nieustająco w drodze. W jej trakcie mieliśmy zaplanowane dwa noclegi – jeden w Duszanbe a drugi w Taszkencie, ale praktycznie całe dnie spędzaliśmy podróżując w kierunku domu. Nie wykluczało to jednak, że przy okazji postojów na noclegi mieliśmy nadzieję jeszcze coś ciekawego zobaczyć i przeżyć kolejne przygody!
Ostatnia noc w górach okazała się bardzo ciężka dla większości grupy. Kolejna tłusta kolacja pokonała żołądki nawet tych, którzy do tej pory trzymali się dzielnie. Całonocne bóle brzucha i wielokrotne spacery w ciemności do toalety wykończyły nas fizycznie i psychicznie. Konieczność wygrzebania się z pościeli, pakowania w plecaki i ruszenia w drogę była dobijająca. Śniadanie ograniczyliśmy do ciepłej herbaty a w międzyczasie zrobiliśmy dokładny przegląd naszych apteczek.
Ponieważ Ola z Andzią miały w planach pozostać w Tadżykistanie i jeszcze przez sześć dni wędrować po sąsiedniej dolinie Artuch – wymagały najsilniejszego wsparcia farmaceutykami. Na szczęście gospodarz pomógł im zarezerwować w Pendżakencie przyzwoity hotel, a my znaleźliśmy w zapasach leków nienaruszone opakowanie antybiotyków. Dziewczyny zostały w mieście przez kolejne dwa dni, dopóki leki nie zadziałały i nie poczuły się na siłach ruszać w dalszą podróż w kolejną dziką dolinę górską.
Ale na razie zniszczeni chorobą, telepiąc się z zimna, bo po wczorajszym deszczu o świcie w górach jest zaledwie kilka stopni ciepła, pomagamy gospodarzowi przymocować nasze plecaki na dachu jego terenówki. Walczymy o miejsca jak najbliżej przodu samochodu – klaustrofobiczny trzeci rząd siedzeń przy problemach żołądkowych każdemu wydaje się pułapką. Ale gdy w końcu wyruszymy, docieramy do miasta bez żadnych wpadek. Droga w dół doliny jest zdecydowanie szybsza niż w drugą stronę. Samochód zjeżdża szybko, a my martwimy się tylko o sprawność jego hamulców. Kolejne wioski stają się coraz bardziej cywilizowane, droga coraz szersza, pojawia się jakiś przemysł. Do wylotu doliny i wyjazdu na drogę asfaltową jedziemy prawie 2 godziny, ale potem jest już całkiem blisko do Pendżakentu.
W mieście następuje pożegnanie. Ola z Andzią z ulgą meldują się w hotelu, a my musimy przesiąść się do ośmioosobowej Toyoty i kolejne 5 godzin spędzić w drodze do Duszanbe (stolicy Tadżykistanu). Taksówkę zarezerwował nam gospodarz, alternatywą było oczekiwanie na rogatkach miasta w miejscu wyznaczonym dla colectivo – czyli łączonego transportu. Zresztą my i tak się tam zatrzymaliśmy, bo kierowca uznał, że zmieści do samochodu jeszcze jednego podróżnego. Czyli jechaliśmy w komplecie – kierowca, jego dorosły syn i córka (nieuczący się i niepracujący – dorosła miejska młodzież tak odmienna od dzieciaków, których poznaliśmy w Dolinie Siedmiu Jezior), my w cztery osoby i przypadkowy podróżny. Wszyscy z dużymi bagażami upchniętymi do bagażnika i na kolanach. To nie była komfortowa ani bezpieczna podróż. Jechaliśmy przez ogromne góry, droga wiła się serpentynami i wjeżdżała coraz wyżej. To są góry ciągnące się tysiącami kilometrów od Himalajów, a wysokość, na której była nasza droga „szybkiego ruchu” momentami przekraczała 3000 m npm. Jechaliśmy na takiej wysokości, a ogromne szczyty i pasma górskie zasłaniały nam niebo.


Pomimo urwisk z jednej strony drogi i pionowych skalnych ścian z drugiej nie było na drodze żadnych zabezpieczeń znanych z europejskich górskich dróg – po prostu szosa wykuta w skale różniąca się od drogi przez Dolinę Siedmiu jezior szerokością i asfaltem. Podróż pomiędzy ledwie toczącymi się pod górę tirami była bardzo stresująca. Staraliśmy się skupiać na pięknych widokach gór i przełomów rzeki, która cały czas towarzyszyła drodze (woda jest w tamtejszych górach wszechobecna i jest uznana za główne bogactwo naturalne kraju. Elektrownie wodne produkują prawie 100% prądu, a ponad 90% samochodów to elektryki). Zostaliśmy zaskoczeni przez widok olbrzymiego orła, który wyleciał zza skał i przez chwilę kołował nad doliną idealnie na wysokości naszego samochodu, aby następnie obniżyć lot i zniknąć gdzieś w dole.
Im bliżej Duszanbe tym częściej pojawiały się tunele. W sumie było ich 20 a najdłuższy liczył 5 km i też w niczym nie przypominał tuneli znanych z Alp – była to wydrążona w skałach dziura, bez oświetlenia, dwukierunkowa, bez wymalowanych linii oddzielających kierunki ruchu lub wyznaczających krawędź drogi – jazda nim nie należała do przyjemności (6 dni później Ola z Andzią jadąc naszymi śladami zaliczyły w tym tunelu solidną stłuczkę, na szczęście bez żadnych obrażeń.).
Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Kierowca idąc do płacenia dostał od swojej córki siedzącej na tylnym siedzeniu listę przekąsek i napojów do kupienia. Wrócił z całym naręczem zakupów. Przekazał ją dziewczynie, a ona zanim zatrzasnęły się drzwi, wyrzuciła z samochodu wszystkie śmieci, które zgromadziła w czasie podróży wokół siebie. Puszki, puste plastikowe butelki i cała góra innych śmieci – wszystko zostało po prostu wyrzucone z samochodu na pobocze stacji benzynowej. Nas zamurowało. Cała narracja dumnych Tadżyków – piękna i czysta ojczyzna – wszystko zostało zaprzepaszczone przez bezmyślny gest rozpuszczonej dziewczyny…
Tunele się skończyły i momentalnie na niewielkiej równinie otoczonej górami pojawiły się przedmieścia stolicy Tadżykistanu, a w nich pałace prezydenta i jego licznych dzieci. Ogromne posiadłości ogrodzone murami i chronione przez wojsko – według słów naszego kierowcy – naród ofiaruje wszystko swojemu przywódcy i jego rodzinie w ramach wdzięczności za zasługi.
Pierwsze wrażenie z miasta było nie najgorsze. Duże, czyste i nowoczesne miasto. Kierowca, który wcześniej pracował tam jako milicjant przekazywał nam ciekawostki historyczne i pokazywał ważniejsze budowle miasta. Historia ściśle powiązana z komunizmem. Prezydent panujący od trzydziestu trzech lat jest uwielbiany przez wszystkich. Po upadku ZSRR panowała tu okrutna wieloletnia wojna domowa w trakcie której zginęło prawie 100 tysięcy obywateli. Rahman oprowadził do pokoju, zainicjował rozwój kraju i zdecydowany wzrost gospodarczy, umożliwił otwarcia granic z sąsiadami, m. in z Uzbekistanem. W mieście co kawałek na budynkach wiszą jego portrety, a nasz kierowca zwracał nam na nie uwagę komentując z zachwytem urodę swojego przywódcy. Nam wydawało się to zdecydowaną przesadą, ale faktem jest, że Tadżycy oddają mu cześć w sposób całkowicie bałwochwalczy.


W czasie przejazdu przez miasto obserwowaliśmy gorączkowe prace porządkowe połączone z malowaniem krawężników. Jak się później dowiedzieliśmy te przepiękne klomby i rzeźby kwiatowe, lampiony, podświetlane alejki były przygotowaniem do zjazdu przywódców byłych republik radzieckich na czele z Putinem. Wcześniej podobno miasto było zaniedbane i brudne. Jak za czasów komuny: trzeba się pokazać a trawa musi być zielona.
Hotel, w którym się zatrzymaliśmy dawał szansę na spokojną noc. Duże łóżka, schludnie i czysto. Po szybkim rozpakowaniu i prysznicu poszliśmy zwiedzać miasto. Zrobiliśmy tego dnia sporo kilometrów po centrum, ale ilość atrakcji i klimat miasta tylko nas do tego zachęcał. Wróciliśmy bardzo zmęczeni, bo poprzednia zarwana noc i cały dzień w podróży pomimo chorych żołądków i braku posiłków zdecydowanie nas osłabił. Poza tym podróżując przez zabytkowe miasta Uzbekistanu i ciche bezludne góry odwykliśmy od szumu, gwaru i świateł wielkiego miasta.






Następnego dnia zjedliśmy delikatne śniadanie i zostawiwszy bagaże pod opieka recepcjonisty poszliśmy na krótką wycieczkę po okolicy – mieliśmy do dyspozycji około dwie godziny do wyjazdu na lotnisko. Tym razem obraliśmy inny kierunek. Nieopodal hotelu było widoczne wzgórze, na którym znajdował się pomnik upamiętniający Jedność Narodów. Wąskie uliczki slumsów, biednie wyglądające domostwa i pełno śmieci. To było prawdziwe Duszanbe. Im wyżej wchodziliśmy tym było mniej domów i wzniesienie zmieniało się w dobrze zabezpieczony ośrodek wypoczynkowy partyjnych towarzyszy dawnego Związku Radzieckiego, który lata świetności ma dawno za sobą. Jedynie pomniki są tam zadbane, wręcz czczone.




Na szerokich schodach prowadzących do monumentu nastolatkowie i mali chłopcy organizują treningi. Są radośni, ale zmęczeni. Ich wysiłek i samozaparcie robiło wrażenie. Ci młodzi chłopcy powiedzieli, że trenują MMA. Nie wiedzieliśmy czy jest to trening sportowy organizowany przez miejscowy klub, czy trening prowadzony przez lokalnego mafjozę dla najmłodszych „żołnierzy” gangu. Duża część dochodu narodowego Tadżykistanu pochodzi z handlu narkotykami i nawet prezydent jest posądzany o kontakty z mafią…

Gdzieś nieopodal słychać było ludową muzykę. Z ciekawości zeszliśmy trochę niżej i raptem wkroczyliśmy prosto w Tadżyckie wesele. Odbywa się ono inaczej niż w naszej tradycji gdzie wszyscy goście są świadkami zaślubin. Tam tłum gości bawił się w najlepsze w domu a Młodzi sami udają się do świątyni na uroczystość. Nie było mowy abyśmy odeszli bez poczęstunku. W sali, gdzie siedzieli na podłodze mężczyźni (kobiety bawiły się i ucztowały w innym pomieszczeniu) w oczekiwaniu na strawę cały czas byliśmy zasypywani pytaniami. Okazało się, że jeden z gości prowadzi handel z Polską!



Skosztowaliśmy tradycyjnej zupy (z dużym lękiem o nasze nadwyrężone żołądki) i herbaty, ale musieliśmy znaleźć sposób na ucieczkę, gdyż w południe musieliśmy ruszać w kierunku lotniska. Po wylewnym złożeniu życzeń pożegnaliśmy się. Ze wzgórza schodziliśmy prowadzeni na skróty, przez prywatne podwórka a ludzie co chwila zapraszali nas na herbatę. Trzeba było mieć silną wolę by nie skorzystać, my jednak nie mieliśmy wyboru – samolot nie poczeka.
Na lotnisko dojechaliśmy jedną z tysięcy krążących po mieście elektrycznych taksówek. Przelot był krótki, trwał około godzinę. W Taszkencie tym razem nocowaliśmy w hostelu bliżej lotniska, bo następnego dnia musieliśmy wrócić na lotnisko tuż po 5 rano. Pozostała nam ostatnia wspólna kolacja – restauracja z tradycyjna uzbecką kuchnią w wydaniu mocno europejskim, prowadzona przez Rosjan była chyba najlepszym posiłkiem w trakcie całej naszej podróży.



Następnego ranka przed świtam byliśmy na lotnisku. Kilkanaście godzin spędziliśmy w samolocie i na lotnisku w Stambule oczekując na przesiadkę. Na Okęciu wylądowaliśmy wczesnym wieczorem: zimno, ponuro i w siąpiący deszcz. Od razu zatęskniliśmy do gorącego, słonecznego i suchego Uzbekistanu!

