Cztery dni – Siedem Jezior

Cztery dni – Siedem Jezior

Jedną z głównych, najłatwiej dostępnych atrakcji Tadżykistanu jest wycieczka w Dolinę Siedmiu Jezior. Zdecydowana większość turystów zalicza ją przy okazji pobytu w Samarkandzie w Uzbekistanie. Z Samarkandy do granicy jest jedynie około 40 km. Najprostsze rozwiązanie to taksówką uzbecką dotrzeć do granicy, kontrolę przejeść na piechotę (zajmuje to około 1 godziny) a po stronie Tadżyckiej skorzystać z transportu miejscowego o napędzie 4×4. Turyści jadą w głąb doliny zaliczając kolejne jeziora, robią pamiątkowe fotki i wieczorem wracają do Uzbekistanu nie zostawiając na miejscu złamanego grosza. A jest to bardzo ubogi region. Ludzie nie mają pieniędzy, żyją w warunkach (dla przeciętnego Europejczyka) skrajnej nędzy. Pozostanie w dolinie na dłużej wymaga sporego zaparcia, bo infrastruktura turystyczna w zasadzie nie istnieje. Można wybierać pomiędzy dwoma/trzema miejscami noclegowymi o bardzo niskim standardzie. W trakcie budowy jest pięknie położony na brzegu drugiego jeziora hotel, który ma spełniać europejskie normy. Drogi teraz wykute w skałach i bardzo nierówne mają być podobno poprawione.

My do granicy dotarliśmy taksówkami Yandexu. Na granicy czekał na nas właściciel pensjonatu, u którego mieliśmy zarezerwowane 4 noclegi z wyżywieniem (nie ma opcji żadnego innego wyżywienia w dolinie – żadnych barów ani restauracji). Po drodze zatrzymaliśmy się w Pandżakencie, zjedliśmy obiad, zamieniliśmy dolary na somoni. Z hałaśliwego, bazarowego miasta pozostało około 40 km drogi do naszego lokum we wsi pomiędzy trzecim a czwartym jeziorem. Gospodarz po drodze zatrzymywał się jeszcze i robił zakupy spożywcze, bo jak się potem zorientowaliśmy były to ostatnie sklepy i stragany z warzywami na których można było kupić produkty spożywcze.

Z granicy odbiera nas właściciel pensjonatu.
Infrastruktura na granicy nie wygląda imponująco
Centrum Pandżakentu
I bazar gdzie jest kantor i najlepszy kurs dolara
Ruch na głównej ulicy odbywa się chodnikami i ulicą, pomiędzy samochodami
Targowisko przy ulicy. Ostatnia szansa na zrobienie zakupów.

Po zjechaniu z głównej drogi w stronę doliny mieliśmy do przejechania około 25 km. Dziwiliśmy się dlaczego ma nam to zająć około 2 godzin. Ale gdy wjechaliśmy w drogę górską wszystko się wyjaśniło. Droga wykuta w skale, kamienista, kręta, miejscami bardzo stroma – samochody bez napędu 4×4 były na niej bez szans. Jechaliśmy upchani jak worki kartofli, poobijani i zmęczeni, na granicy choroby lokomocyjnej. Chwilę wytchnienia dawały krótkie postoje przy kolejnych trzech jeziorach, które musieliśmy minąć zanim dotarliśmy na miejsce.

Chwila wytchnienia nad jeziorem
I kolejne jezioro
Woda jest krystalicznie czysta.
Droga czasem wije się tuż nad lustrem wody.

Drobną ciekawostką z drogi pomiędzy Pandżakentem a wjazdem w góry była kontrola wojskowa. Nasz gospodarz wyjaśnił nam, że Tadżykistan jest państwem, które w swoich zasobach naturalnych posiada złoto. Istnieją tam służby (w rodzaju KGB) kontrolujące wyrywkowo część samochodów. My też taką kontrolę zaliczyliśmy: szlaban, budka, żołnierz z karabinem i sprawdzanie paszportów. Mimo, że pamiętamy czasy komuny trochę dziwny klimat… 

Na miejsce dotarliśmy po południu zmęczeni drogą, dużo bardziej niż się spodziewaliśmy. Ale czekało nas parę miłych niespodzianek.

Zamieszkaliśmy w apartamencie: trzy sypialnie, z których wychodziliśmy do salonu (zabudowany taras) a stamtąd dalej wspólna łazienka. W wykuszu salonu mieliśmy tradycyjny stół, gdzie spożywaliśmy posiłki, w których bardzo często towarzyszył nam właściciel. Tuż obok domu płynął górski potok (który był osią łączącą wszystkie jeziora). Huk wody pędzącej w dół był wszechobecny i głośny w całym domu.

Kolejną niespodzianą był występ najmłodszej wnuczki gospodarzy. Po tadżyckim tradycyjnym tańcu zabrzmiała polska muzyka, którą specjalnie dla nas przygotowali. Pomimo zmęczenia dołączyliśmy do wspólnych tańców. Od razu zaprzyjaźniliśmy się z całą rodziną!

Nasz stół w apartamencie
Wnuczka była urocza w roli atrakcji wieczoru!
Potok którego huk towarzyszył nam przez cztery dni i cztery noce

Przed kolacją mieliśmy jeszcze chwilę na krótką wycieczkę po okolicy i zaplanowanie trasy wędrówki na dzień następny. Byliśmy jednymi z nielicznych, którzy w tym czasie zamierzali chodzić po okolicznych górach. A ten jedyny, którego widzieliśmy wracającego z gór wyglądał na wykończonego, niemiłosiernie zakurzonego i szczęśliwego, że jest już we wsi.

W trakcie tego krótkiego spaceru odkryliśmy, że nasz motelik i nasz gospodarz to lokalna elita. Pozostałe domy we wsi przypominały gliniane lepianki. Gromady dzieciaków obległy nas domagając się uwagi, prezentów i wspólnych zdjęć. Przy czwartym jeziorze pojawiły się kobiety sprzedające własnoręcznie wykonane bransoletki z koralików – jedyne pamiątki jakie można tam było kupić.

Dzieciaki ze wsi w wydaniu domowym. Do szkoły codziennie chodzą w galowych mundurkach pod krawatem!
Nigdy nie wiadomo kogo się spotka po drodze
Do zdjęcia każdy chce zapozować!
Centrum wsi…
Dario jak zwykle, nie może opędzić się od dziewczyn 🙂
Lewandowski wszędzie jest kochany!
Osiołki wieczorami odpoczywają i szukają czegoś do zjedzenia. W dzień pracują – cały transport i lokalna komunikacja odbywa się na ich plecach…

W drodze powrotnej byliśmy jeszcze świadkami dziwnej akcji – superluksusowe terenówki w zaułku przerzucały paczki pomiędzy bagażnikami – nie zdziwiliśmy się, gdy szukając informacji o Tadżykistanie przeczytaliśmy, że spora część budżetu państwowego pochodzi z handlu narkotykami.

Kolacja ugotowana z produktów kupionych przez gospodarza w drodze była całkiem smaczna. Nie zapowiadała jeszcze kulinarnego koszmaru, jaki czekał nas w następnych dniach…



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *