Taszkent – uczymy się funkcjonować w Uzbekistanie

Dario ma dwie przypadłości… lub zalety. Zależy jak na to spojrzeć. Jest bardzo gadatliwy i jest nieprawdopodobnie ciekawy świata i innych ludzi. Każdego zaczepi, zagada, zapyta. Dlatego jeżdżąc Uberem (rzadko, ale się zdarza) zawsze gada z kierowcami. Pewnego razu trafiła się okazja do konwersacji łamanym rosyjskim z kierowcą Uzbekiem. Gdy po pół godzinie dotarli na miejsce, Dario był bogatszy o wiedzę dotyczącą historii Uzbekistanu, jego bezpieczeństwa i turystyki. W międzyczasie na tylnym siedzeniu obejrzał trochę zdjęć. Wysiadł a decyzja była już w zasadzie podjęta – jedziemy do Uzbekistanu!
Informacje zebrane w internecie i na różnych turystycznych grupach na FB tylko nas utwierdziły w przekonaniu, że kierunek jest bardzo ciekawy. A gdy okazało się, że nasza znajoma niedawno wróciła z podróży po tym kraju, z radością skorzystaliśmy z jej wiedzy i doświadczeń.
Decyzja zapadła a nam pozostało zebrać grupkę chętnych osób i planować nową podróż. Na przygotowanie mieliśmy równo rok. Grupka znajomych szybko się skrzyknęła i po paru spotkaniach wiedzieliśmy na czym stoimy. Wyliczone koszty, trasa i charakter wyprawy. Przy okazji ze względu na miłość do górskich trekkingów plan został poszerzony o tadżyckie góry. Powstał plan, który udało się zrealizować prawie w 100%!
19.09 wylot do Taszkentu z przesiadką w Stambule
20.09 przylot do Taszkentu
21.09 przelot do Urgencz
22-23.09 Chiwa plus przejazd pociągiem do Buchary
24-26.09 Buchara
27-28.09 jezioro Aydar-kul
29-30.09 Samarkanda
1-4.10 Dolina Siedmiu Jezior
5.10 Duszanbe i przelot do Taszkentu
6.10 Taszkent wylot przez Stambuł do Warszawy
W sumie od startu do mety 18 dni.
Każdy z uczestników miał swój wkład w organizację. Pierwsze noclegi były zaplanowane i zarezerwowane przed wylotem, mieliśmy wcześniej kupione bilety na przeloty z Taszkentu do Urgencz i z Duszanbe do Taszkentu, a także najtrudniejsze do zorganizowania: bilety na pociąg z Chiwy do Buchary (pociągi jeżdżą tylko dwa razy dziennie w pełnym obłożeniu. Bilety można kupić 1 miesiąc przed wyjazdem i rozchodzą się w oka mgnieniu, a my potrzebowaliśmy aż 6 sztuk!).
Od Buchary wszystkie noclegi załatwialiśmy na bieżąco. Iwona miała na Bookingu listę miejscówek, które spełniały nasze założenia co do lokalizacji i ceny, i wieczorami potwierdzała rezerwację. System sprawdził się znakomicie, nie było miejsca, które by nas rozczarowało.
Po wylocie z Okęcia i ciężkiej, długiej nocy spędzonej w samolotach z prawie trzygodzinną przerwą w Stambule o świcie wylądowaliśmy w Taszkencie. Po odprawie pierwsze kroki były skierowane do lotniskowego kantoru, gdzie przelicznik był najbardziej korzystny, ale gdzie niestety szybko skończyła się gotówka, bo (co za niespodzianka) prawie każdy z podróżnych chciał wymienić walutę. Następnie obowiązkowy zakup lokalnych kart sim (informacje o darmowych kartach dla turystów można włożyć pomiędzy bajki) zabawa z instalowaniem kart i wymienianie się numerami, tak aby każdy z każdym miał kontakt.
Pozostało nam dotarcie do miasta, do naszego pierwszego zarezerwowanego hotelu. Po wyjściu z terminala pierwszy raz zderzamy się z odmienną kulturą. Zostajemy obskoczeni przez tłum taksówkarzy, każdy ciągnie w swoją stronę wykrzykując kwoty w setkach tysięcy, które na razie nic nam nie mówią, ale brzmią bardzo groźnie. Po długich targach dogadujemy się na dwie taksówki. Ale następnym razem już wiemy, że trzeba korzystać z Yantesa (aplikacji taksówkowej, odpowiednika naszego Ubera – prywaciarze biorą co najmniej dwa razy drożej).
Do naszego bardzo klimatycznego moteliku, dotarliśmy na długo przed godziną, od której mieliśmy mieć dostępne pokoje. Recepcja wskazała nam miejsce na bagaże i skierowała nas na godzinę do sąsiedniej malutkiej kawiarenki na kawę. Po tym czasie udostępnili nam jeden z pokoi, mogliśmy więc szybko się umyć i przebrać w letnie czyste ubrania przed wyruszeniem w miasto.


Taszkent to stolica Uzbekistanu, lecz w przewodnikach nie ma wielu informacji zachęcających do jej zwiedzania. Ale na półtora dnia było w sam raz. Jest to młode miasto, a my krążyliśmy po nim do późnego wieczora.
Tuż po wyjściu z hotelu przeżyliśmy pierwszy szok kulturowy. Byliśmy przygotowani na kobiety w tradycyjnych strojach i chustach na głowie. Moda letnia w wydaniu europejskim w ogóle tam nie jest znana. Nawet te bardziej wyzwolone, młode, nowoczesne kobiety chodzą ubrane w długie luźne spodnie lub spódnice do ziemi i bluzki z długimi rękawami. Całe ciało musi być dokładnie zakryte. Ale… jeśli jest nagła potrzeba i dziecko jest głodne – to nie ma przeszkód, aby w miejscu publicznym, na schodkach przed centrum handlowym nakarmić dziecko piersią! Bez wstydu ani bez prób okrywania się chustą. Było to dla nas zaskakujące, dla Uzbeków naturalne – kobieta szczelnie zawinięta w szaty z tradycyjnie zasłoniętymi włosami publicznie obnaża pierś, aby nakarmić dziecko.




Idąc w kierunku, jak nam się wydawało starej części miasta, trafiliśmy w zabytkową uliczkę. Stare mury, pięknie rzeźbione drzwi i kolumny balkonów. Zaskakujący był tylko zapach świeżego betonu i wszechobecni robotnicy. Po kilkudziesięciu metrach okazało się, że trafiliśmy na ogromny plac budowy. Cała dzielnica otaczająca ogromny nowo wybudowany maczet jest przebudowywana zgodnie z tradycyjną architekturą. Każdy element: drzwi, okna, kolumny, płaskorzeźby na murach, wzór kostki brukowej – wszystko jest nowe, ale stylizowane na tradycyjne. Na środku ulicy siedział malarz i złotą farbę pokrywał ornamenty w żeliwnych kratkach na rynsztoku!
Po przedarciu się przez ten ogromny plac budowy dotarliśmy do imponującego meczetu. Szybko zostaliśmy przegonieni ze schodów przez ochronę, bo trwało jeszcze szlifowanie marmurów a całość jest jeszcze zamknięta. Za to tylny plac prowadzący do muzeum mieszczącego najstarszy uzbecki koran i rozpostarte wokoło świeżo zasadzone ogrody były dostępne i pełne turystów.


Tam też pierwszy raz trafiliśmy do publicznej toalety. Każda z niezliczonych jakie odwiedziliśmy w trakcie tej podróży składała się z dwóch – trzech dziur w podłodze oraz całego rzędu niziutkich umywalek ze specjalnymi kamiennymi stołeczkami – służących do dokładnego obmycia stóp przed wejściem do meczetu.
Po obejrzeniu koranu założyliśmy buty i ruszyliśmy w kierunku Chorsu – najsłynniejszego uzbeckiego bazaru. Z zewnątrz przypomina dawny warszawski stadion dziesięciolecia – czyli wysoką koronę otoczoną obwarzankami budek handlowych. Całość podzielona jest na sektory z konkretnymi branżami: ciuchy, warzywa i owoce, nabiał, mięso, orzechy i bakalie itd. Bazar działa podobno przez całą dobę i wciąż jest pełen ludzi.





U podnóża bazaru dopadł nas ogromny głód. Na szczęście szybko znalazł się tradycyjny lokalny bar. Po obu stronach alejki pod zadaszeniem stały długie stoły pomiędzy którymi krążyli kelnerzy – którzy nie tylko zbierali zamówienia i donosili jedzenie – ale kierowali całym ruchem gości. Gdy zauważyli, że w sześć osób wypatrujemy miejsca przy stole od razu przystąpili do przesadzania gości. Szybko przesadzili dwie kobiety do stolika obok, kolejnych gości ścisnęli na drugim końcu stołu. Usadzili nas i od razu przynieśli chleb i napoje – stawiają je przed każdym gościem bez zamówienia, ale jeżeli ich nie ruszysz to nie płacisz. Potrawy, które zmówiliśmy: kurczak, ryba i baranina nikogo nie zachwyciły. Najsmaczniejszy okazał się tradycyjny chleb: świeży i chrupiący i surówka – jak się potem okazało wszechobecna w Uzbekistanie i Tadżykistanie – tzw. swieżyje: pyszny słodki pomidor, soczyste ogórki podane z czerwona cebulą i ogromną ilością kolendry (bez żadnego sosu ani oliwy).


Na bazarze najbardziej imponująco wyglądały stoiska z orzechami i bakaliami, herbatami, ziołami i przyprawami, no i stoiska warzywne. Te ostatnie uginające się pod ciężarem dorodnych warzyw i owoców – których niestety nie widzieliśmy na talerzach. W czasie całej podróży jadaliśmy w hotelach, restauracjach, prywatnych pensjonatach i barach – żaden z kucharzy nie gotował warzyw. Było to chyba największe rozczarowanie tej podróży – kuchnia tak uboga w warzywa, pomimo ogromnej obfitości na straganach! Pocieszenie stanowiły słodkie i soczyste arbuzy i melony, które kupowaliśmy codziennie, aby wieczorem uzupełnić witaminy.


Po obiedzie wróciliśmy do hotelu, gdzie czekały na nas już wszystkie pokoje. Po rozpakowaniu i krótkim odpoczynku wyruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie, tym razem do nowoczesnego centrum miasta. Mocno rozwinięta sieć metra ułatwia poruszanie się po mieście. Dotarliśmy do monumentu niepodległości – ogromnych żurawi tańczących ponad fontannami, przeszliśmy malowniczą uliczką pomiędzy restauracjami i hotelami wypełniona straganami z pamiątkami i obrazami sprzedawanymi przez artystów, a w końcu dotarliśmy do parku idealnie na rozpoczynający się pokaz grających fontann: światło i woda dodatkowo podkreślone światłami okolicznych biurowców – wieżowców z pięknymi kolorowymi iluminacjami.





Stamtąd wyruszyliśmy już w kierunku hotelu, do którego dotarliśmy bardzo zmęczeni. Mieliśmy przecież za sobą nieprzespaną noc w podróży i cały dzień zwiedzania, w czasie którego przeszliśmy około 20 kilometrów. Padliśmy nieprzytomni, a pobudka okazała się szybsza niż chcieliśmy. Okienko naszego pokoju wychodziło na wewnętrzne patio i kuchnię, gdzie obsługa już o 5 rano zaczęła szykować śniadanie i brzęczeć talerzami…
Następnego dnia czekał nas przelot do Urgenczu. Został poprzedzony drobnym zamieszaniem z podróżą na lotnisko. Taksówkarze nie byli świadomi, że terminal lotniska wewnętrznego znajduje się 7 kilometrów dalej niż lotnisko międzynarodowe. Z pełnym przekonaniem podwieźli nas pod budynek, wypakowali bagaże, wskazali kierunek w jakim mamy iść i odjechali. Gdy po pewnym czasie błąkania się po pustym terminalu wreszcie znalazł się ktoś zorientowany, okazało się, że powinniśmy dokładnie po drugiej stronie lotniska! Znowu gorączkowe negocjacje z kierowcami, pakowanie plecaków i przejazd przez miasto wokoło pasów startowych. Na szczęście ruch w tym terminalu był bardzo niewielki i bez problemu zdążyliśmy na odprawę i dostaliśmy się do samolotu.
W Urgenczu pogoda nas niemiło zaskoczyła. Zrobiło się o jakieś 15 stopni chłodniej niż w Taszkencie. I pojawiło się zmętnienie – zjawisko przypominające mgłę, ale powstałe za przyczyną wiatrów. Z oddalonego o paręset kilometrów jeziora aralskiego (a raczej z dna wyschniętego jeziora, które było jeszcze w latach 60-tych czwartym co do wielkości jeziorem na świecie o głębokości do 69 metrów – ale skierowanie wody z dopływających do niego rzek na pola uprawne bawełny spowodowało katastrofę ekologiczną i prawie całkowite jego wyschnięcie.) silny wiatr przenosi zanieczyszczony piach i pył powodując słabą widoczność. Powietrze jest toksyczne, a piach osadza się na wszystkim grubą warstwą. Straganiarze jeszcze przez kilka dni strzepywali go ze swoich towarów.

Z Urgench do Chiwy musieliśmy przejechać taksówką około 40 kilometrów. Najbliższe noclegi mieliśmy zarezerwowane w maleńkim pensjonacie: 3 pokoje z łazienkami i z ogromnymi tabliczkami zakazującymi wnoszenia i spożywania alkoholu. Do głównej bramy wejściowej na teren starego miasta mieliśmy około 50 metrów. Pensjonat prowadzony był przez młodą kobietę, której pomagał około 10 letni syn z wielką żyłką do hotelarstwa. Chłopak w przeciwieństwie do matki i starszego brata z ogromną ochotą wchodził w interakcje, zagadywał po rosyjsku i w łamanym angielskim… i był bardzo rozczarowany, że matka goniła go w eleganckim mundurku do szkoły.


